na cholerę mi to wszystko…

Od dłuższego czasu wzbierała we mnie potrzeba podzielenia się tym, co we mnie siedzi. Nie żebym na co dzień tłamsiła w sobie żale, przeciwnie, chętnie dzielę się swoimi – a właściwie naszymi – problemami, tym z czym się mierzymy każdego dnia, zwątpieniami, radościami i częstym obłędem. Mam jednak nieodparte wrażenie, że moje troski odbijają się od innych niczym kauczukowa piłeczka, nie pozostawiając najmniejszego śladu na tafli zrozumienia. Doceniam empatię, współczucie ale nie czują ulgi, jaka zazwyczaj towarzyszy zwierzeniom. W swoim najbliższym otoczeniu, nie mam nikogo, kto mierzy się z trudem wychowania młodego człowieka, którego energia i możliwości poznawcze tak bardzo odbiegają od przeciętnych.

Dzieci są różne – pewnie! Ale większość ma wspólny mianownik. W naszym przypadku trzeba przeprowadzić równanie logarytmiczne, by go odnaleźć.

Piszę, bo mam nadzieję po drugiej stronie spotkać osoby doświadczające tej samej bezradności ale i niewyobrażalnej radości, jaką funduje atypowe dziecko. Gdzie każdy drobiazg urasta do gargantuicznych rozmiarów a każda, najzwyklejsza dla innych reakcja spotyka się z naszym euforycznym przyjęciem.

Życie matki dziecka takiego jak nasze można zdefiniować jako permanentny stan afektywno-dwubiegunowy. Ale co począć, jeśli codzienność funduje naprzemiennie zachwyt i frustrację? I do cholery – nic pomiędzy…